|
Do szpitala trafiłam w nocy 16.08.2009r o godz. 3.30 po tym jak odeszły mi wody. Po godzinie spędzonej w izbie przyjęć, trafiłam w końcu na porodówkę. Od samego początku wszyscy w szpitalu mówili, że mam bardzo duży brzuch, ale to zapewne, dlatego że jestem wysoka. Początkowo wszystko przebiegało jak należy - skurcze regularne, rozwarcie idealne, tylko malutki nie mógł się wydostać. Podczas akcji porodowej towarzyszył mi mąż, wspierał mnie tak, jak mógł najlepiej, ale kiedy zaczęłam odczuwać ból w kręgosłupie lędźwiowym, który był nie do wytrzymania, widziałam, że i on staje się bezradny. Ból był tak silny, że nie mogłam się ruszyć, przekręcić, a miałam rodzić na kolanach z uwagi na problemy z kręgosłupem szyjnym. Gdy tylko głośniej stęknęłam położna krzyczała żebym się nie "darła". Skończyło się tak, że kazano mi leżeć na łóżku porodowym i rodzić właśnie w takiej pozycji. Kiedy wspomnieliśmy położnej o podaniu czegoś przeciwbólowego, ona zdziwiona zapytała - "Jaki zastrzyk? Żaden zastrzyk się nie należy". Czułam się coraz gorzej, coraz bardziej słabłam, a mimo prawidłowego rozwarcia główka dziecka nie mogła wydostać się z kanału rodnego. Lekarz dyżurny, który zechciał się w końcu zjawić o 9.00 rano, po sprawdzeniu akcji serca stwierdził - "wypychamy". Zawołano jeszcze jednego lekarza na pomoc. Mojemu mężowi kazano szybko wyjść z sali porodowej, a obydwaj lekarze rzucili mi się na brzuch i zaczęli go mocno ugniatać próbując wypchnąć dziecko. Gdy główka dziecka w końcu zeszła, zaklinowały się barki. Wtedy to położna zaczęła wykręcać i ciągnąć za główkę, a lekarze w dalszym ciągu leżeli na moim brzuchu silnie go ugniatając, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że nie mogę oddychać. Siła, z jaką ciągnięto za główkę spowodowała u Kacperka okołoporodowe porażenie splotu ramiennego typu ERBA, co spowodowało uszkodzenie splotu prawej rączki, co w konsekwencji skutkuje okaleczeniem go na całe życie. Gdy Kacperek o godzinie 10.50 rano wyszedł na świat wszyscy mieli nietęgie miny, bo nie oddychał i nie ruszał się - urodził się w zamartwicy. Po przeprowadzonej akcji reanimacyjnej trwającej około 3 minut dziecku przyznano w pierwszej minucie -1 pkt w skali Apgar, w trzeciej - 3 pkt, w piątej - 7 pkt, w dziesiątej - 7 pkt. Zadawałam pytania - "co się dzieje z malutkim?", gdyż nie słyszałam płaczu dziecka. Lekarz, który zajmował się zszywaniem mnie po porodzie powiedział mi, że dziecko jest zmęczone po ciężkim porodzie i trzeba mu dać odpocząć. Kiedy mi go w końcu pokazano nie wiedziałam jeszcze, że ma uszkodzoną rączkę. Powiedziano mi tylko, że za kilka dni dojdzie do siebie, bo jest bardzo zmęczony ponad godzinnym pobytem w kanale rodnym,. Kolejne dni w szpitalu były koszmarem - widok dziecka podłączonego do aparatury, łzy, bezsilność i burza myśli, "co dalej"? Od dnia narodzin nasz skarb nie zginał rączki w łokciu, a nadgarstek niesymetrycznie się wykrzywiał. Kacper nie potrafił unieść rączki do góry... leżała ona bezwładnie obok ciała. Jedyną pocieszającą rzeczą było to, że rusza paluszkami. W szpitalu nikt nas nie pokierował jak postępować ze schorzeniem - zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Od tego momentu zaczęła się nasza droga przez mękę. Joanna Flis
|
Naszą witrynę przegląda teraz 7 gości
|
Poród Kacperka
|
Podaruj 1% swojego podatku na leczenie Kacperka → OPP Fundacja Splotu Ramiennego ι KRS 0000142952 ι dopisek Kacper Flis

Poród
Kacperek urodził się 16.08.2009r. o godz. 10.50 w szpitalu Klinicznym Nr 1 przy ul. Staszica w Lublinie, ważył 4660g i mierzył 58cm.